Boże Narodzenie zbliżało się wielkimi krokami, a we mnie nie było ani krzty świątecznej radości ani zapału. Chodziłam zgaszona i pogrążona w smutku, przekonana, że cały świat mnie nie rozumie i ja nie rozumiem świata.
Kilka miesięcy wcześniej umarła moja najbliższa przyjaciółka i ciągle jeszcze nie mogłam się otrząsnąć po tej stracie. Żadna z moich córek żyjących w zupełnie innej części Stanów nie mogła przyjechać do mnie w tym roku na święta. Mąż, który przeszedł niedawno na emeryturę i sam nie potrafił się odnaleźć w tej nowej dla niego sytuacji, nie widział lub nie chciał widzieć, w jakim jestem dołku. Bolały mnie stawy, czułam się stara, wyglądałam staro i miałam wrażenie, że wszystko, co dotąd było takie pewne i oczywiste w moim życiu, wcale takie nie jest. Brnęłam mozolnie przez każdy kolejny dzień, nie poznając samej siebie.
Och, jak bardzo chciałam, by wróciły te dni, kiedy wszystko było takie łatwe i proste. Dziewczynki były jeszcze małe, ja cały dzień miałam pełne ręce roboty, zajmując się nimi i prowadząc dom. Mąż chodził do pracy. Mój smutek powiększył się jeszcze bardziej, osiągając niebezpieczne rozmiary, kiedy kilka miesięcy temu przeprowadziliśmy się do innej części miasta i kiedy straciłam dotychczasowych sąsiadów i wszędzie widziałam nieznane twarze.
Spacerowałam po nowej dla mnie okolicy, ale wcale mnie to nie cieszyło. Próbowałam szukać ulgi w świątecznych zakupach. Bez rezultatu. Poszłam nawet raz czy dwa razy do kina. To wszystko na nic się zdało i wciąż miałam wrażenie, jakbym zgubiła drogę i cel w życiu. Aż któregoś popołudnia e zadzwonił telefon.
- Isabel?, - w słuchawce zaświergotał żeński głos. - Tu Julie. Nicholas chciałby wiedzieć, czy będziesz piekła w tym roku ciasteczka. Będziesz?
Odkąd Nicholas, jeszcze jako raczkujący berbeć, zjawił się w mojej kuchni, niezliczoną ilość razy zapraszałam go na herbatę i zawsze przed Bożym Narodzeniem razem piekliśmy ciasteczka. W tym roku jego młodszy brat Zachary był już na tyle duży, że mógł przyłączyć się do nas.
- Wiesz, Julie, wydaje mi się, że... - przerwałam, po czym wykrzesałam z siebie odrobinę sztucznego entuzjazmu - ależ tak, jasne, że piekę ciasteczka. Oczywiście zapraszam Nicholasa. I przyślij też koniecznie Zachary'ego! Będzie wspaniale!
Umówiłam się z Julie na dzień i godzinę i odłożyłam słuchawkę, czując w środku taki ciężar, jakbym zjadła kilo zakalca. Ostatnia rzecz, na jaką miałam ochotę - dwójka maluchów plączących mi się pod nogami; dwójka intruzów w domu, w kuchni i w moim życiu. No, ale z drugiej strony, miło będzie podtrzymać wieloletnią tradycję.
Przy końcu naszej ulicy mieszkało jeszcze jedno dziecko, mała, cicha dziewczynka, która czasem przyglądała mi się ukradkiem zza ogromnego jesionu rosnącego przed jej domem, kiedy przechodziłam tamtędy. Któregoś dnia zobaczyłam, jak siedzi bezczynnie na krawężniku, i doszedłszy do wniosku, że tak samo jak ja nie wie, co z sobą począć, podeszłam do niej.
- Cześć, nazywam się Isabel. Przeprowadziłam się niedawno do tamtego domu - wskazałam palcem za siebie - i czuję się tutaj samotna, bo nikogo nie znam. Jak masz na imię?
- Kelsey - odparła. - Ja też tu się nudzę.
- Wiesz co? Mam pomysł - usłyszałam swój głos. - Jutro moi przyjaciele Nicholas i Zachary przychodzą do mnie piec ciasteczka. Może i ty chciałabyś przyjść?
Mama Kelsey przyprowadziła ją do mnie, podekscytowana, następnego ranka i kiedy otwarłam drzwi, w progu stały trójka uradowanych dzieci i dwie mamy. Powiedziałam mamom, że wszystko potrwa jakieś trzy godziny i że zadzwonię do nich, kiedy będą mogły odebrać swoje pociechy.
No i zabraliśmy się we czwórkę do dzieła.
Ważyliśmy.
Mieszaliśmy.
Śmialiśmy się, widząc nasze pobielone mąką twarze i włosy.
Ciasto było zbyt przewałkowane i przegniecione, ale to nie miało żadnego znaczenia. Nie miało też wielkiego znaczenia to, że foremki nam się pokrzywiły. Nikt też nie płakał, kiedy spaliła się cała blacha ciasteczek w kształcie choinek, uruchamiając przy okazji czujnik dymu. Okazało się, że takie spalone na kamień ciasteczka to świetne frisbee i że można nimi rzucać do celu, jakim było w tym wypadku poidełko dla ptaków w moim ogrodzie.
Wśród śpiewów i rozmów (tych krótkich i tych dłuższych) wyjęłam wreszcie i położyłam na stół tubki czerwonej i zielonej masy do dekorowania ciasteczek. Po krótkiej demonstracji, jak zrobić na ciasteczku kokardkę, cała trójka zaczęła pracowicie wyciskać słodki lukier na ciasteczka. Czy wiecie, że niezależnie od tego, czy poliże się zieloną czy czerwoną masę, język i zęby przybiorą okropny, fioletowy kolor? (Moje też taki przybrały!)
Potem małe paluszki zaczęły robić ludzikom z pierników oczka z rodzynków i guziki z pasków cynamonu. Na każdy wykorzystany rodzynek dwa lądowały w buziach. Kolorowe wiórki były wszędzie, nie tylko na stole.
Przy herbacie w filiżankach z prawdziwej chińskiej porcelany szeptano sobie na ucho sekrety, rozwiązywano problemy i leczono rany małych serduszek. Każdy z nas wypił trzy filiżanki herbaty!
I wreszcie na koniec cud niebywały - ozdobione lukrem ciasteczka, każde oddzielone papierową serwetką w świąteczne wzorki, udało się nam ładnie zapakować do białych pudełek, do których dodano karteczkę z napisem: "Wesołych Świąt - kocham Cię". W ostatniej chwili, bo już dźwięczał dzwonek u drzwi. Z przewidywanych trzech zrobiło się sześć godzin!
- Myślałam, że przyszłyście tutaj dekorować ciasteczka, a nie wasze buzie i włosy - powiedziała ze śmiechem mama Kelsey. Dzieciaki wyszczerzyły w uśmiechu zęby. Ja przezornie nie otwierałam ust.
- Bardzo za tobą tęsknię, Isabel. - Nicholas przytulił się do mnie, obejmując mnie w talii. - Ta pani, która teraz mieszka w twoim starym domu, nie piecze nam ciasteczek ani nas nie zaprasza na herbatę.
- Racja - potwierdził Zachary.
- Któregoś dnia będziesz duży - odparłam, ściskając delikatnie jego różowe policzki - i wtedy też nie będziesz miał już ochoty piec ciasteczek na święta. I wtedy zrozumiesz tę starszą panią.
- Nieprawda, Isabel! Nigdy, ale to nigdy nie będę dla ciebie za duży. Kocham cię.
- I ja też cię kocham - zapewnił skwapliwie Zachary.
- I ja też - wyszeptała cichutko Kelsey.
I nagle cała trójka przykleiła się do mnie i nie dali się oderwać przez dłuższą chwilę.
Nadeszło Boże Narodzenie. Zaprosiłam swoich dawnych sąsiadów i kilku tych, których poznałam na nowym miejscu. Zadzwoniły córki strasznie stęsknione za mną i domem i oczywiście popłakałyśmy się do telefonu. Ciągle mi brak najlepszej przyjaciółki. I mąż wcale się nie zmienił. Za to w tym roku nauczyłam się czegoś bardzo ważnego:
Kiedy życie wydaje ci się smutne i przygnębiające, nie zamykaj się we własnej skorupie.
Zaproś do domu jakieś dzieci.
Upieczcie ciasteczka.
Isabel Bearman Bucher